Luboń Wielki - deszcz, chmury i schronisko, do którego jeszcze wrócę!
W czasie październikowej tury po Beskidach wlazłem do schroniska na Luboniu Wielkim (1 022 m .np.pm). Dla tych co mnie znają, wcale nie jest oczywiste, że wędrując po górach rozsiadam się w schroniskach. Nie przepadam za tłokiem. Jednak ponieważ padało i było dość zimno na szlaku było pusto, więc postanowiłem odwiedzić ten przybytek, tym bardziej, że mnie zaciekawił. Małe to, wygląda na stare, raczej przypomina wieżę niż budynek hotelowo – gastronomiczny i jeszcze ten charakterystyczny zapach punku z domieszką hardcore i jakby nutą Oi! Trzeba to było sprawdzić!
W środku nie było nikogo poza jednym typem z obsługi (chyba ajentem w ogóle), który zawzięcie tarł coś na zapleczu, chyba ziemniaki na placki. Podobno od rana byłem drugim klientem, a było już po południu. Wziąłem puszczalskiego kawiszczana i zacząłem się rozglądać. Wnętrze oszczędne w wyrazie, jedno z wielu, w tym stylu, ale ściana wypełniona pamiątkami w postaci zdjęć tych co tu byli, coś pięknego! Fotki, plakietki, wlepki. Ściana pamięci czy chwały, nie ważne. Podoba mi się. No i dobry punk sączący się z głośników dość obficie, nos mnie nie zawiódł!
Żałuję tylko, że nie sprawdziłem jak urządzona jest góra tego obiektu. Małe to, ale klimatyczne, nocleg tu może być fajną przygodą.
Na Luboń Wielki szedłem od Przełęczy Glisne. Zaparkowałem 300 m poniżej niej w małej zatoczce na poboczu, link do trasy tutaj.
Warto wziąć pod uwagę dwie kwestie:
– podejście jest dość forsowne, można się solidnie spocić,
– w „mokrym” sezonie może być naprawdę ślisko, ostrożność wskazana.
Polecam przekonać się samemu 😉
A właśnie! Jeśli dotarłeś do tego miejsca, to znaczy, że było ciekawie. Nie zapomnij polubić mojej strony na >> Facebooku << zobaczysz, gdy wrzucą coś nowego. Możesz też zostawić komentarz od siebie.
Czołem!
0 komentarzy